Ważne wydarzenia
Krab wciąż największym klubem nurkowym w Polsce

 Kolejna Złota Blacha za zwycięstwo w rankingu KDP ZG PTTK.

2017-01-25

Hurghada 2014

Kliknij tu aby przejść bezpośrednio do galerii zdjęć.

Nareszcie jest! 9 maja - dzień, na który wielu z nas czekało z utęsknieniem, dzień rozpoczęcia kolejnej nurkowej wyprawy do Egiptu organizowanej pod egidą naszego klubu. Tradycyjnie już startujemy wczesnym popołudniem z parkingu przy TS Wisła dając się powieźć „wesołym autobusem” na lotnisko w Pyrzowicach.

Dalej już standardowo: odprawa bagażowa - tym razem obyło się bez przepakowywania - i przejście na strefę bezcłową w celu zaopatrzenia się odpowiednie lekarstwa na klątwę faraona. Czterogodzinna podróż samolotem mija szybko. O tym, że szczęśliwe wylądowaliśmy na lotnisku w Hurgadzie możemy wywnioskować z gromkich braw zaserwowanych pilotom przez miłośników sandałów i białych skarpet - taka tradycja...

Pomimo późnej pory (1:00 w nocy) uderzenie gorącego powietrza zaraz po wyjściu z samolotu upewnia nas, że dotarliśmy do kraju  faraonów. A skoro już jesteśmy w Egipcie to nie może zabraknąć tutejszego folkloru; a zaczęło się już przy okienku gdzie wykupuje się wizę. Ktoś z Krabów czy to z niewiedzy czy roztargnienia zapłacił za wizę banknotem 50$ (koszt wizy to 25$). Mina gdy otrzymał resztę w egipskich funtach - bezcenna. Ta sama mina nie umknęła czujnemu oku tubylca po drugiej strony okienka - chwila konsternacji i... gość dorzuca jeszcze kilka banknotów! No, teraz to już na pewno się zgadza „na wagę” - nie trzeba nawet liczyć :) Po przygodach lotniskowych pakujemy się do podstawionego autokaru i po krótkiej podróży lądujemy w hotelowym lobby gdzie wszystkim od razu rzuca się w oczy dość dobrze zaopatrzony bar. Ku przerażeniu barmana spora część wycieczki postanawia przetestować pakiet all-inclusive umilając sobie czas  czekiwania na meldunek hotelowy. Gdy okazało się, że all-inclusive jednak działa, reszta postanawia zrobić to samo - przerażenie barmana powoli zmienia się panikę... W końcu formalności hotelowe załatwione! Możemy udać się na zasłużony odpoczynek; jutro z samego rana zaczynamy przecież nurkowanie. Część z nas - poświęcając się dla nauki - postanawia dalej testować granicę wytrzymałości psychicznej barmana. Wstaje słońce...

Kolejny dzień, pobudka (dla niektórych), śniadanie a potem pakujemy sprzęt na pickup-a, siebie do busów i udajemy się do pobliskiej mariny, wrzucamy nasze graty na łódź i z małym (jak się później okazało) opóźnieniem wypływamy w morze. Nasz cel – Torfa Fanous East, mała rafa koralowa w pobliżu wyspy Giftun, około 45 minut płynięcia z Hurgady. Samo miejsce nurkowe?

Wręcz idealne na check-dive - płaskie, piaszczyste dno, głębokość do 10 m i... w zasadzie nic więcej. Dość mocno zniszczona rafa, kilka okazałych ergów z mnóstwem małych, typowych dla rafy koralowej ryb. Dla tych co dalej nie wiedzą: erg to taka podwodna góra. Dużego zwierza brak; dlatego też bez żalu udajemy się na kolejne dziś miejsce nurkowe – Sabina Garden, które według zapewnień naszego  przewodnika urwie nam d...

Z pewną dozą sceptycyzmu wskakujemy do wody; płyniemy w dość nietypowej konfiguracji: wszystkie grupy naraz w wodzie, jedna za drugą, prowadzone przez naszego przewodnika. Po chwili płynięcia z toni przed nami wyłania się bajecznie piękna rafa z mnóstwem życia; a jednak przewodnik nie kłamał! A na rafie: ogromne gruppery, nieprzyzwoicie wielkie najeżki, napoleony i niepoliczalna ilość drobnego życia  rafowego. Pod koniec trafiamy nawet na gigantycznego żółwia morskiego; wyjątkowo wręcz flegmatycznego i zupełnie niezainteresowanego naszymi zaczepkami. Z dużą dozą niechęci wychodzimy z wody poganiani przez wskazówki naszych manometrów bezlitośnie wskazujących

na czerwone pole. To był dobry dzień nurkowy; z takim przeświadczeniem wracamy do hotelu i po kolacji udajemy się do zajęć w  podgrupach. A za barem dwóch nowych, niczego nieświadomych barmanów...

I znów kolejny dzień, i znów pobudka, i znów śniadanie i podroż do portu. Ale żeby nie było monotonii, w porcie niespodzianka – nasze graty nurkowe stoją na środku nabrzeża, a po naszej łodzi ani śladu :) Jak się później okazało zaraz po naszym wyjeździe z portu dnia poprzedniego załoga łodzi wypakowała nasze rzeczy na nabrzeże i udała się w sobie tylko znanym kierunku i celu; nie mamy z nimi do dziś kontaktu :) Na szczęście organizator dał pokaz sprawnego zarządzania kryzysowego, więc pakujemy się na inną łódź i z małym (jak się później okazało – cierpliwości, już niedługo się wyjaśni) opóźnieniem wypływamy z portu. Nasz dzisiejszy cel nurkowy to Somaya Reef oddalona o ok. 1,5 godziny płynięcia od Hurgady. Tym razem wszystkie grupy wskakują do wody niezależnie nurkując w ramach  posiadanych uprawnień. Sama rafa niczym specjalnym się nie wyróżniła; a może to nasze wybujałe oczekiwania po wczorajszym nurkowaniu? Grupy „głębokie” miały okazję spenetrowania jaskini na 32 m, która z nieznanych dotąd przyczyn skurczyła się z 30 metrów (na odprawie) do jakiś 10 metrów (pod wodą). Grupy „mniej głębokie” mogły podglądać płaszczki, skrzydlice, mureny i inne potwory w ich naturalnym środowisku.Kolejny punkt naszego dzisiejszego planu nurkowego to Abu Ramada Erg; według naszego przewodnika mamy szczęście, bo ze względu na to, że miejsce znajduje się od strony otwartego morza nieczęsto da się tam zacumować łódź z powodu wysokiej fali. Czujemy się  wybrańcami... 

Główna atrakcja tego miejsca - trzy ergi (w zasadzie cztery, tylko że ten czwarty to bardziej przypomina kupę gruzu) ułożone w linii prostej; szczyt każdego z nich znajduje się coraz głębiej a maksymalna głębokość to ok. 13 m. Ale nie płyniemy tam od razu! Na początek urządzamy sobie polowanie na węgorzyki ogrodowe, które upodobały sobie to miejsce. Ich kolonie przypominają pola, a one same kołysane prądem wody falują niczym źdźbła trawy na wietrze. Gdy wyczują jakiekolwiek zagrożenie szybko zagrzebują się całkowicie w piasku. I to jest ich zasadnicza wada... No więc płyniemy – a w zasadzie pełzamy na rękach po piaszczystym dnie - na tę łąkę aż tu nagle ni stąd ni zowąd wyrasta przed nami ogromna murena, która chyba pomyliła sobie dzień z nocą i bezwstydnie paraduje w pełnej krasie psując nam plan. W końcu jednak orientuje się, że coś tu jednak jest nie tak i szybko znika w czeluściach rafy. Wracamy do węgorzy; czy to te patyki wystające z dna? Nie – chyba to nie to... Zaraz, zaraz - one się poruszają! A więc jednak! Jako, że płyniemy jako ostania grupa możemy sobie pozwolić na bardzo bliskie (ok. 10 m) podejście do kolonii ryzykując tym samym wypłoszenie całego towarzystwa – ale co tam, raz się żyje; idziemy na całość! No więc leżymy na dnie gapimy się na węgorze, one na nas, nic się nie dzieje... Aby wprowadzić trochę dramatyzmu to podchodzimy (podpełzamy) bliżej; tak – rzeczywiście są bardzo płochliwe. To by było na tyle, jeśli chodzi o węgorze –  wracamy do ergów, które majaczą gdzieś tam w oddali, płyniemy... To co ukazuje się naszym oczom sprawia, że zużycie powietrza spada nam wybitnie... Zbocza porośnięte ogromnymi koloniami purpurowych korali miękkich a wśród nich chmury tysięcy małych i większych rybek rafowych. No  i te mini caverny... Cholera – znów to szybko kończące się powietrze... Wracamy na łódź. Powoli już przyzwyczajamy się dozasady: pierwsze nurkowanie – nie jest źle; drugie – wow! Po raz kolejny: „To był dobry dzień nurkowy; z takim przeświadczeniem wracamy do hotelu i po kolacji udajemy się do zajęć w podgrupach.”

Nadchodzi dzień trzeci; i znów pobudka, i znów śniadanie i podroż do portu. Nasza łódź tym razem stoi tam gdzie stała; śladów dezercji załogi też nie widać. Pakujemy się na jednostkę i czekamy – tak, teraz się wyjaśni. Tytułem wstępu: jak co dzień zanim wypłyniemy (dotyczy to wszystkich łodzi w porcie) musimy przejść kontrolę policyjną (papiery, ilość ludzi i takie tam). No więc przechodzimy takową, a w zasadzie jej nie przechodzimy - okazuje się że jest nas za dużo i nigdzie nie popłyniemy. No więc pierwsze co robimy – w zasadzie nasz organizator – przeczekać. Czekamy więc... Niestety ten misternie utkany plan zawiódł :( Po ok. 2 godzinach próby sił nasz organizator przystępuje do realizacji planu B – wywala z łodzi wszystkich swoich współpracowników, a kapitan dodatkowo zamyka w schowku na prowiant jednego z członków załogi. W końcu ruszamy z prawie 3 godzinną obsuwą naiwnie myśląc, że wyczerpaliśmy na dziś limity wszystkich  nieprzewidzianych zdarzeń. Trochę to przypomina sytuację z montypythonowskiego skeczu o osiedlu domów mieszkalnych zbudowanych przez hipnotyzerów – jego mieszkańcy muszą głęboko wierzyć w ich trwałość – inaczej się zawalą. Jesteśmy jednak ludźmi słabej wiary...

Specyfika nurkowania: ze względu na stan morza skok z płynącej łodzi, grupa za grupą w małych odstępach, szybkie zanurzenie, dryf w prądzie... Wszystkie grupy gotowe, sprzęt sprawdzony, butle odkręcone, przewodnik krzyczy i pogania. Szybkie liczenie – brakuje jednej osoby ze skaczącej jako pierwsza grupy! Zaczynają się nerwowe poszukiwania, które dość mocno utrudnia fakt, że wszyscy są już ubrani w pełny sprzęt. W międzyczasie nasz przewodnik przechodzi w kolejny stan wk... co na zewnątrz ujawnia się coraz to głośniejszymi krzykami na nas i na załogę łodzi. Ktoś w końcu krzyczy: Cisza! Na chwilę robi się spokojnie i wtedy można usłyszeć stłumiony krzyk i walenie w drzwi pokładowego kibla – zguba się znalazła! Problem w tym, że nie da się tych drzwi nijak otworzyć – zatrzaśnięte jak komora grobowa faraona! Do działania przystępują pokładowi „inżynierowie z Kairu”, którzy próbują usunąć problem za pomocą niezbyt wyrafinowanych metod siłowych. Efekt – wyrwana od zewnątrz klamka :) Teraz dopiero robi się wesoło: łódź niebezpiecznie zbliża się do skalistego brzegu znoszona przez wiatr, my stoimy w całym sprzęcie na pokładzie przy wysokiej fali, przewodnik drze się na kapitana, kapitan na przewodnika, uwięziona drze się w kiblu... Trwa to dobre 20 minut – w końcu drzwi kibla z hukiem wylatują z zawiasów. Alleluja! W końcu pod wodą – cisza i spokój... Miejsce nurkowe – rafa Small Giftum. Zgodnie z zasadą z poprzednich dwóch dni – szału nima; murena, płaszczki, rogatnice... Drugie zaplanowane na dziś miejsce nurkowe to Gotta Abu Ramada przez autochtonów zwane akwarium. I nie ma w tym żadnej przesady; piękny, kolorowy ogród zbudowany z miękkich i twardych korali z mnóstwem małych i dużych mieszkańców rafy. Kolejne super miejsce i super nurkowanie. I znów: „To był udany (i wesoły) dzień nurkowy; z takim przeświadczeniem wracamy do hotelu i po kolacji udajemy się do zajęć w podgrupach.” 

Dzień czwarty: i znów pobudka, i znów śniadanie i podroż do portu. Tym razem ze względu silny wiatr i wysoką falę nie wypłyniemy na pełne morze. Będziemy nurkować na miejscówkach „schowanych” za wyspami lub stałym lądem. Pakujemy się na łódź i wypływamy – nie zgadniecie – tym razem o czasie!

Pierwsze miejsce nurkowe to wrak egipskiego trałowca El Mina zatopionego tuż po wyjściu z portu wojennego w Hurgadzie przez izraelski samolot w 1969 roku. Ciekawy, dobrze zachowany wrak, na którym można spotkać dużo skrzydlic i glassfish-y. O ok. 150 metrów od niego leży drugi wrak – tym razem łodzi rybackiej, z którego prywatne królestwo uczyniły sobie skrzydlice. Kapryśna, egipska pogoda daje nam się we znaki podczas wynurzania - pobyt na przystanku bezpieczeństwa umila nam bardzo silne falowanie; dla jednych frajda, dla innych przekleństwo. Drugie miejsce na dziś - El Fanous East; nurkujemy od strony północno-wschodniej gdzie znajdują się dwa dość duże ergi z mnóstwem małych mieszkańców rafy. Dużego zwierza brak. Wracamy do hotelu i po kolacji udajemy się do zajęć w podgrupach.

Dzień piąty: i znów pobudka, i znów śniadanie i podroż do portu. Pakujemy się na łódź i – to już staje się nudne – wypływamy o czasie. To już ostatni dzień naszej nurkowej przygody – na dziś mamy zaplanowane trzy nurkowania (jedno nocne). Pierwsze z naszych dziennych nurkowań wykonujemy na Abu Ramada North – podwodnej ścianie opadającej pionowo na ponad 100 m. Nurkujemy w prądzie; na ok. 30 metrach duże (i dużo) gorgonii; w szczelinach ściany chowają się mureny i stonefish-e. Drugie, dzienne nurkowanie wykonujemy na El Aruk Giftun. Zanim jednak zaczniemy „nurkowanie właściwe” – „słit focia na fejsbunia”; schodzimy pod wodę z naszym promocyjnym banerem z okazji jubileuszu 50-lecia. Efekt? Oceńcie sami.

A co do miejscówki - znów perełka! Mnóstwo podwodnych ergów wprost oblepionych chmurami małych mieszkańców rafy koralowej a pomiędzy nimi majestatycznie suną skrzydlice w ilościach hurtowych. Pływamy jak w w egzotycznym akwarium – zauroczeni zapominamy o upływającym czasie ale ten jest nieubłagany; na powierzchnię wygania coraz to mniejszy zapas powietrza w butli. Wracamy do hotelu i po kolacji wyjątkowo nie udajemy się do zajęć w podgrupach; czeka nas przecież jeszcze nurkowanie nocne. W okolicach wczesnego wieczora wracamy na łódź, która czeka na nas zacumowana w porcie. Na nurkowanie nocne płyniemy na „stare śmieci”: rafa Abu Ramada i mimo, że miejsce znane, to jednak w blasku latarki mamy wrażenie, że znaleźliśmy się na obcej ziemi... 

Już początek nurkowania zwiastuje, że będzie się działo! Chwilę po zanurzeniu i dopłynięciu do rafy bardzo rzadki widok – murena żółtogłowa w trakcie polowania i przyglądający się całemu zamieszaniu (a może czekający na okazję) wąż morski. Nie zdążyliśmy jeszcze dobrze ochłonąć po tym widoku gdy nagle z atramentowych ciemności lekko rozproszonych światłem naszych latarek wyłania się dość sporych rozmiarów orleń! Zatacza majestatycznie krąg przed nami, a potem bez pośpiechu znika gdzieś w ciemności... Dalej to już „nuda”: gigantyczne mureny pełznące po rafie w poszukiwaniu ofiary, ciekawskie skrzydlice podążające za naszym światłem, kraby pustelniki goniące po dnie w sobie tylko znanym celu... Ale to nie koniec – miejsce słynie z tego, że łatwo tu o kontakt z hiszpańską tancerką – najbardziej chyba „medialnym” ślimakiem. I nam dane było podziwiać jej hipnotyzujący taniec. I mimo, że to już nasze ostatnie nurkowanie na tym wyjeździe, nikt nie narzeka. A po nurkowaniu mały bankiet na łodzi; były więc ryby i owoce morza mistrzowsko wręcz przygotowane na grillu, a także coś do popicia bo jak wiadomo „rybka lubi pływać...”.

Żal było opuszczać łódź po tym jak już zacumowaliśmy w porcie, ale co robić – żaden bankiet nie trwa wiecznie; pakujemy więc swoje rzeczy na pickup-a, który zabierze je do hotelu. Zdobywamy się jeszcze na jeden zryw – po zapakowaniu pickup-a część z nas również lokuje się na jego dachu i pace i tak usadowieni robimy sobie głośny rajd po centrum Hurgady wzbudzając niemałe poruszenie wśród mijanych lokalesów i turystów.

Docieramy wreszcie do hotelu i rozpoczynamy zajęcia w podgrupach, do których aktywnie włączył się również organizator naszych nurkowań co niemal nie zakończyło się aresztowaniem naszego Prezesa pod zarzutem morderstwa rytualnego – tak przynajmniej relacjonował to boy hotelowy, który następnego dnia chciał posprzątać jego pokój :) Ostatecznie sprawę udało się załagodzić – skończyło się na konieczności zapłacenia dodatkowej kwoty za niezamówione farbowanie pościeli. 

Ostatni dzień przed wyjazdem spędziliśmy w hotelu racząc się drinkami z palemką w basenie, grając w siatkówkę plażową i wyrównując opaleniznę. Co bardziej odważni postanowili przetestować menu takich gigantów fast food-ów jak McDoland i Pizza Haus :) Jak się okazało nie było tak źle. Z racji tego, że to ostatnia nasza noc w hotelu dostaliśmy ekskluzywne zaproszenie opuszczających ten przybytek. Jak się szybko okazało ekskluzywność knajpy polegała tylko na tym, że nie dało się tam wejść bez zaproszenia... Po kolacji udajemy się busami na wycieczkę do starej Hurgady. Po dotarciu na miejsce wszyscy rzucili się w gąszcz kramów, knajpek i niezliczonej ilości sklepów z „dobrem” wszelakim. Coś jednak niepokojącego dzieje się z tym krajem i jego mieszkańcami – już nie targują się tak ochoczo i z takim zapałem jak kiedyś; jakoś tak dziwnie się człowiek czuje kiedy po długich negocjacjach, wychodząc wreszcie ze sklepu nikt za nim nie wybiega z krzykiem „OK OK!”. Może to tylko przejściowa maniera... Wracamy do hotelu późną już nocą – części z nas udało się jednak nawiązać współpracę handlową. 

No i w zasadzie koniec! Ostatni poranek na egipskiej ziemi, autokar, lotnisko, samolot do kraju... Polska wita nas strugami deszczu i kompletnym brakiem perspektyw na słońce. Do Krakowa docieramy późną nocą. Część z nas postanawia zweryfikować pogłoski, że podobno o tej porze Gwarek jest już zamknięty – na szczęście okazało się to nieprawdą :)

Kolejny klubowy wyjazd przechodzi do historii, a my wpadamy w przygnębienie na myśl o tym co nas czeka w poniedziałek... Ale zaraz - jest światełko w tunelu! Za dwa tygodnie zaczynamy przecież nasz obóz szkoleniowy na słonecznej Elbie!Eee – jak tak to damy radę!

 

Tekst: Paweł POSTER Piłat

Zdjęcia: Wojciech Kamiński, Wirginia Kotkowska, Jakub Sęk, Piotr Turno, Piotr Warmuz,